„Psychosis” – moment torreadora w nas

„Zobacz mnie”, „Dotknij mnie”, „Kochaj mnie”, „Uwolnij mnie” – te błagalne nawoływania świdrują w głowie, gdy wypowiada je gasnąca na scenie, wymazana krwią, znikająca z oczu bohaterka. Potem zapala się światło na widowni, scena zostaje pusta i ciemna,  my klaszczemy, choć chcemy zniknąć razem z postacią…

Angielska dramatopisarka chorująca na psychozę maniakalno-depresyjną pożegnała się ze światem sztuką „Psychosis”. Jest coś w tym utworze dziwnego, coś złowieszczego, coś czego boimy się na co dzień dotknąć i nie chodzi tutaj o problem szaleństwa, ale jakieś balansowanie na krawędzi nieznanego, jakąś gorycz życia, pewną stratę po samym sobie, pewne myśli, które czasami trafiają nam do głowy, ale w strachu odstawiamy je gdzieś głęboko, daleko, by stanąć na nogi i powiedzieć sobie to mnie nie dotyczy, bo ja jeszcze mogę coś zrobić, zmienić, przeżyć.

Kiedy zapytamy osobę po kryzysie psychicznym, czy bohaterka, którą gra Magdalena Cielecka jest autentyczna, czy to jest przekonujące, czy to tak naprawdę wygląda, dostaniemy potwierdzenie, że tak. To sztuka brutalna przez swój autentyzm. To największy sukces tego spektaklu, który niewątpliwie przybliża nas do owianego tabu i przelicznymi mitami tematu choroby psychicznej, jej dramatu i zmagań rozlicznych (co czwarty Polak zgodnie ze statystykami choruje) indywidualnych dramatów ludzi, którzy popełniają próby samobójcze, którzy wymykają się rzeczywistości.

Mocne wrażenie robi scena szpitalna, gdzie lekarze bez udziału pacjenta ustalają dawki rozlicznych psychotropów wywołujących kolejne skutki uboczne. O tym się obecnie nie mówi. Mało kto ośmiela się dziś podnieść głos w sprawie przedmiotowego traktowania pacjentów w systemie opieki psychiatrycznej. Jednocześnie jest to scena, w której możemy odrobinę się zdystansować i pozwolić na uśmiech dzięki humorystycznym i bystrym zarazem dialogom.

„Psychosis” w reżyserii Grzegorza Jarzyny to wyraziste sceny, ciekawe rozwiązania, magnetyzm postaci, tempo akcji, kopalnia emocji – wszystko to daje niewygodne uczucie: „Ja siedzę na widowni i nic nie mówię. Nic nie robię. Ja nie potrafię pomóc I… tak bardzo chciałabym przestać być widzem…” Niestety gorzką prawdą tak przyciągającej fikcji jest to, że w życiu tak samo jak w teatrze jesteśmy obserwatorami ludzkich dramatów i nie zawsze jesteśmy zdolni być kimś więcej. „Kochaj mnie” „Uwolnij mnie” „Dotknij mnie” szepcze główna bohaterka, ale kto raz zetknął się z dramatem osoby chorującej psychicznie doskonale wie jak trudno jej pomóc, jak trudno właściwie wtedy powiedzieć kocham, bo zwykłe słowa nie wystarczą, gdy ktoś rozbija swoje ciało o ścianę i z dnia na dzień gaśnie.

Najbardziej brutalna scena nagości jest zarazem najpiękniejszą sceną. Połączenie równego tempa działań, słów, wraz z grą światła, oszczędnością scenografii tworzy z tej sceny wielki krzyk, który staje się manifestem.  To wołanie o miłość, współbycie, pomoc, ratunek, życie. Gdy zapada potem ciemność na scenie wyłania się coś na kształt ciemności z samego środka naszej wrażliwości. To jakby jądro obojętności. Gdy aktorzy nie wychodzą na scenę bijemy brawo tylko chwilkę, karząc się za to, że to nie jest spektakl lub scena które mają się podobać. Stajemy przed lustem obojętności co sprawia, że jest nam niewygodnie, co budzi wyrzuty sumienia, uwrażliwia, pochłania, zmienia.

Psychosis to jest spektakl, który boli. To jest sztuka którą się pamięta i do której się wraca. Taka po której nie można od razu wydusić z siebie czegokolwiek, bo zostawia wyrwy we wrażliwości.

Wszystko w tym spektaklu wydaje się do granic przemyślane, domknięte, spełnione. Musze jednak wspomnieć grę Magdaleny Cieleckiej, która robi na scenie coś niepowtarzalnego. Każdy jej ruch, drganie, czy tonacja głosu są tak magnetyczne, że z trudem można oderwać od nie wzrok. Potrafi być brzydka i piękna, cierpieć i bawić, być obojętną i uniesioną i te przeskoki wykonuje tak płynnie, że podąża się za nią krok w krok, za każdym szurnięciem, tąpnięciem, czy szeptem, a nawet milczeniem. Wymienić należy również Felice Ross za doskonałą reżyserię światła. Doprawdy trudno jest oddać wrażenia jakie daje w ten sposób oświetlona scena. Zmienne światło i różne pomysły jego wykorzystania, łącznie z ciągle zapadającą ciemnością, są czymś przenikliwym.

Największy paradoks tego spektaklu i zarazem paradoks sztuki 28 letniej Sarah Kene, która zginęła śmiercią samobójczą jest prawdziwa nieuchronność w zetknięciu z obojętnością. W czasach, kiedy uderzają w nas co dzień tysiące bodźców, często tych których nawet nie chcemy, a jesteśmy zmuszeni je odbierać, to wszystko sprawia, że zamarzamy w środku, nie widząc, że ktoś bardzo blisko woła: „Dotknij mnie”, „Kochaj mnie”, „Uwolnij mnie”. „Psychosis” budzi, otwiera oczy, uderza w to miejsce gdzie czai się emocjonalna odwaga i gotowość do bycia razem z drugim człowiekiem. To właśnie moment torreadora, czyli „chwile prawdy”, w których zmierzamy się z tym co trudne.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s