„DO KOMINA MURZYNA! MURZYNA! Do teatru turystę!

Niepodobna nie wpaść do teatru podczas wycieczki. To jak smakować lokalnych potraw. I tak w Sopocie jest historycznie, filmowo, a na dodatek z dziećmi. Potrawa to nietypowa jak na regionalność przystało – istne owoce morza pomysłów.

Na molo mówią, że reżyser Zbigniew Brzoza dość często zagląda do historii. Przybliżał już historię ruchu solidarnościowego Wolność i Pokój („Sprawnie operacyjne rozpoznanie”) oraz badał losy dzieci odbieranych rodzicom i wywiezionych do III Rzeczy („Obwód głowy”). Teraz Zbigniew Brzoza dotyka w spektaklu „DO KOMINA MURZYNA! MURZYNA!” historii nietypowego chłopca.

Jesteśmy w Niemczech lat 30.  XX wieku. Trzeba wypowiedzieć się na „za” albo „przeciw”. System totalitarny decyduje za bohaterów. Nie ma co liczyć na subtelne, indywidualne, dramatyczne rozterki. Jest sobie chłopiec o  imieniu Hans, który ma ciemny kolor skóry. Marzy o przynależności do Hitlerjugend. Poza kolegami, którzy nie tolerują jego odmienności jest lubianym i akceptowanym chłopcem. Oczywiście jego marzenie nie może się spełnić z uwagi na kolor skóry i… no właśnie – nic.

Pocztówka

Miałam kupić sobie pocztówkę z pobytu tutaj. Taką ładną z mewami, piaskiem i falami. Pomyślałam, że nie muszę już tego robić. To co zapamięta się ze spektaklu „DO KOMINA MURZYNA! MURZYNA!” To właśnie szczypta piachu sypnięta po oczach. Monotonny rytm scenicznej, falującej z lekka akcji i kilka rozkrzyczanych aktorów, aktorek  – mew. Wygląda to pięknie, ale jakoś sennie. Można patrzeć na ten historyczny obrazek, ale nie wie się po co, ponieważ ani nie mamy tutaj odniesień do współczesności, ani buntowniczego dialogu z systemem lub chociażby przejawami dyskryminacji. Zbigniew Brzoza pokazuje wycinek historii. Tymczasem każdy wie jak było i każdy wie, że czarnoskóry chłopiec ma nikłe szanse w takich warunkach historyczno-społecznych na akceptację, jesteśmy skłonni nawet przyznać, że to wiarygodna historia, w końcu opiera się na dziennikach, tylko co? My widzowie pragniemy dramatu. Mamy gdzieś teatralne wymuskane tony głosu, które brzmią sztucznie. Chcemy coś przeżyć, zobaczyć łzy, gniew, radość…

To jest myśl! – ZAPADNIA!

Oczekiwania zostawmy jednak na bok, bo niespełniony widz to zły widz, a taki pisze złe recenzje. Warto w spektaklu zwrócić uwagę na ciekawe wykorzystanie systemu zapadni dzięki którym aktorzy pojawiają się na scenie lub znikają z niej. Zapadnie stają się dodatkowych aktorem: czasami grają właz do schronu, innym razem schowek, jeszcze innym fortepian pianisty Zapadnie płynnie i elastycznie są ogrywane i wykorzystywane dzięki czemu wywołany dzięki nim efekt jest przyjemny w odbiorze.

Dzieciaki na scenie

Nie lubię dzieci w teatrze, tzn, nie lubię ich na scenie w spektaklach dla dorosłych, ale… Tym razem zostałam mile zaskoczona, ponieważ dzieci były nieme. Wprowadzono je na scenę bez tekstu z towarzyszeniem aktorów, którzy stanowili ich dorosłe odpowiedniki i wypowiadali tekst za dziecięcych aktorów lub głos dzieci był puszczany z uprzednio przygotowanych nagrań. Taki zabieg sprawił, że dzieci z pewnością nie były spektaklem krzywdzone, lecz zdaje się, że dobrze się bawiły wyłaniając się i chowając w zapadniach. Dla spektaklu jednak nie miało to większego znaczenia. Można sobie wyobrazić ten spektakl też bez dziecięcych aktorów.

Film, czy spektakl?

Grę aktorów wspomagają bardzo liczne projekcje wideo, które stanowią integralną część konstrukcji poszczególnych scen (zdjęcia i montaż Sławomir Kalwinek). Dobrze się je ogląda. Być może za dobrze, ponieważ jest ich tak wiele, że traci się poczucie bycia w teatrze. W wielu miejscach projekcie wydają się nieuzasadnione, podkreślając luki dramaturgiczne.

Turysta wrzucony do nadmorskiego teatru musi się nauczyć pływać w trakcie prawdziwie silnego sztormu pomysłowości. Faluje mi w pamięci doskonała scena taneczna podczas której 3 pary tańczą „zakazany” swing. Piękne sukienki, dynamiczni tancerze, barwne tło burzliwych lat 30-stych. Ta scena z pewnością daje odetchnąć podczas oglądania tak trudnej i ciężkiej historii na którą nie da się patrzeć inaczej jak z dystansu. Zbigniew Brzoza nie przełamuje tej perspektywy. Wręcz wzmacnia ją filmowym ekranem odgraniczającym widownię od sceny. Scenariusz spektaklu oparto na wspomnieniach Victora Klemperera I Hansa Jurgena Massaquoi i wielkim plusem sztuki jest wiarygodność. Jednak bardziej scenariusz przypomina sceny myślane filmowo niż teatralnie.

ZOBACZ TAKŻE:

2018 – Rewolucja filmowa w teatrze? >>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s