Każdy-Francuz, czyli świat równoległy Warlikowskiego

dnia

Siedzę, sączę białe wino z chłodnymi drobinkami lodu. Jest upalny maj i promienie słońca zaglądają mi do kieliszka. Odpalam papierosa, a przez smugi dymu, które mnie otaczają widzę Każdego . Rozmawiają, śmieją się, robią sobie selfie, są ubrani efektownie, palą papierosy i czekają, czekają, czekają…

Tkwimy w zawieszeniu oczekując na spektakl. W końcu to na podstawie Prousta, więc nic dziwnego, że leniwie raczymy się miejscem wciąż świdrując oczami innych widzów, wyszukując małe detale na ich tajemniczych, nieznanych twarzach i zagadkowe usterki ich kreacji. Wchodzi tata  Agaty Buzek. Dla widowni pożywka do rozmów, bo właściwie dlaczego siada tak daleko. Wchodzi znany tancerz homoseksualista, ale właściwie to dlaczego tym razem bez obstawy równie zblazowanych towarzyszy. Wyczekujemy aż wreszcie niewygodne światło na widowni zgaśnie, a my, my-klasa, my-warszawka, my-widownia, zaczniemy się rozpływać w ciemności, wygodnej ciemności w której można szemrać i krytykować, porównywać, gdzie można stroić miny, nudzić się i osądzać.

Nikt tak nie zawiesza poprzeczki jak Warlikowski, który sięga po Prousta:

Poszukiwanie utraconego czasu jest w istocie poszukiwaniem prawdy. Jeśli nazywa się ono poszukiwaniem utraconego czasu, to tylko dlatego, że prawda ma istotny związek z czasem.” S.19 „Proust i znaki”

Mamy zatem przed sobą 4,5 godziny spektaklu na odkrycie prawdy. Gratka co? Co też ten Warlikowski na powie? Pomysłów , jak zwykle u Warlikowskiego, jest dużo i nie o wszystkich z pewnością uda mi się tutaj napisać. Zatem wybieram wrażenia.

Starość

Jasne jest, że pamięć pojawia się jako narzędzie poszukiwania, nie jest to jednak narzędzie najbardziej wnikliwe. Czas miniony z kolei pojawia się jako warstwa czasu, nie jest to jednak warstwa najgłębsza”. S. 9 „Proust i znaki”

Kto żyje nadzieją powtórek „Francuzów” w Nowym Teatrze lepiej niech przymknie na ten akapit oko. Warlikowski operuje charakterystycznymi postaciami, które można albo pokochać albo i nie. Chociaż jedną postać każdy widz sobie wybierze i będzie ją sobie śledził i będzie z nią czuł i przeżywał. Opisywana już niejednokrotnie na moim blogu Cielecka staje się więc podczas spektaklu moją obsesją. Magnetycznie mnie przyciąga i każe śledzić każdy swój ruch, pochwalać wszystkie decyzje i kwestie, rozumieć emocje. Gdy się zestarzeje jednak staje się kompletnie odległa. Przekracza granicę, której nie mogę pojąć. Scena w której widzimy bohaterów spektaklu trąconych warstwą czasu jest przerysowana i komiczna. Może jedynie taką: „śmiejemy się ze starości”. Za wszelką cenę pragnie się czas zatrzymać. Z tej perspektywy starość jest nieuchwytna, jest pusta i nie daje żadnych odpowiedzi, jest tylko nieuchronnym biegiem czasu, który bez dobrania się do warstw głębszych w człowieku staje się nonsensem.

Homoseksualizm

We „Francuzach” Warlikowskiego homoseksualizm pojawia się w towarzystwie charakterystycznego tła. Tym tłem jest natura: koniki wodne, rafy koralowe, plastikowy, jędrny i strzelisty kwiat wokół którego tańczy spryskując go z lekka baletmistrz-służący-murzyn.

Obiektywnie rzecz biorąc , miłość heteroseksualna nie jest tak głęboka, jak miłość homoseksualna, w której odnajduje ona swą prawdę”. S.15

Bez względu na to jak widz zmagałby się ze swoimi uprzedzeniami Warlikowski go poruszy i pociągnie w kierunku akceptacji. Zaczaruje ideą, która tkwić ma w samej otaczającej nas naturze, zaszczepi ziarnko wątpliwości o porównanie jej po prostu do natury każdego człowieka.

Każdy-Polak

Brawa, brawa, brawa! Widownia wstaje i kłania się Warlikowski, a ja siedzę i dumam, wykonując rękami kalekie klap. klap. Oczekiwanej prawdy, bowiem nie było. Przynajmniej nie takiej prawdy jakiej się spodziewałam. Mistrzowskie pomysły reżysera jak chociażby przepiękny koncert na wiolonczeli w połowie spektakllu, jednak nie mają dla mnie tego czegoś. Na chwilę każde z rozwiązań mocno mnie ujęło, by potem stracić moje zainteresowanie w kolejnej scenie. Może pomysłów było za dużo, dlatego spektakl okazuje się takie niespójny? Z opisu spektaklu wiem, że tutaj nie chodzi o ekwiwalent Prousta, ale o nas. Jacy jesteśmy? Zatem skąd ten zachwyt droga moja widownio? Zdecydowanie nie mamy się z czego cieszyć.

Wychodzę smutna i zawiedziona, człapiąc powoli po nierównych płytkach chodnika. Przeglądam zdjęcie, które zrobiłam tuż przed spektaklem i już mnie ono nie dziwi, bo puentę można czasami znaleźć, chociażby na parkingu na którym stoi wypasiona bryka reżysera: „Parking. Koniec. Warlikowski”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s