„Ja, Feuerbach” – złote gwoździe i sens

Te złote gwoździe, które wydobył z Józefa Czapskiego, pisząc o nim Wojciech Karpiński, mam wrażenie, że ma każdy. Dzięki tym sztywnym mocowaniom umacniamy siebie i wierzymy w sens. Dla Czapskiego gwoździami były książki i wyłuskane z nich cytaty. Każdy ma jednak swój zestaw złoconych, pozłacanych i złotych gwoździ. Dla grupy teatralnej, którą współprowadzę głównym umocowaniem są spektakle. To one zbijają nas w jedną konstrukcję różnorodnych refleksji, mówiących ust, ruchomych gestów, ciekawych oczu, wniosków i zdań.

Grupa teatralno-rozwojowa „Kim jestem?” szuka odpowiedzi na jedno z trudniejszych pytań. Na razie jesteśmy na początku swojej drogi, ale już widać tlące się gdzieś w oddali światło. Ten mglisty promień na razie pokazuje, że jesteśmy różni. Różni i inni pod wieloma względami. Mam niejasne przeczucie, że to dobrze wróży naszej grupie. Na razie muskamy się drobnymi wymianami zdań, rozchylamy powoli siebie jak płatki kwiatów. To co się dzieje jest bardzo intymne.

I nagle! Olśniła mnie myśl, niczym wielki reflektor, że teatr jest przestrzenią intymności, tak głęboko schowanych wrażeń, narzędzi, odpowiedzi na trudne pytania. Taki jest teatr, który chce myśleć i chce być ważny, a o taką powagę naszej grupie chodzi. Przestałam więc oczekiwać większego otwierania się od moich uczestników, bo zrozumiałam, że owa intymność potrzebuje czasu by zaufać. Dlatego właśnie tym razem w ich  towarzystwie obejrzałam spektakl „Ja, Feuerbach” w którym intymność przeżywania styka się z bogactwem środków wyrazu.

„Świadomość tej granicy nieuchwytnej i zwykle nie do uchwycenia między życiem naprawdę i życiem na niby. To wszystko co niejasno czułem w malarstwie – to jakieś <<omdlenie>>, przecież ja mogę jeszcze i jeszcze malować kawiarnie, kwiaty, ale z chwilą, kiedy ginie poczucie, że wchodzę w to malarstwo głębiej i dalej, to malarstwo mnie nie karmi, nic nie rodzi, jest cofaniem…” („Portret Czapskiego” W. Karpiński, s. 156)

Odwaga, która skłania do dotykania własnych głębokości jest zachwycającą cechą. Niektórym, tak jak Czapskiemu, dana jest jako wrodzona. Inni muszą się tej odwagi uczyć, chociażby z lektur. Właśnie Piotr Fronczewski ma tę odwagę wyszlifowaną przez lata aktorstwa. Konstruuje bardzo wyraźną i bogatą postać. I nie chodzi tu już o mnogość obrazów, min, gestów, tembr głosu i jego skalę. Tu chodzi o to, że Fronczewski zna zaklęcie na wiarę w jego postać, na emocje, na pamięć i trwałe tąpnięcie w rozumie, czy duszy. Jest porywająco męczący miejscami i zajmująco ciekawy, uwikłany, tajemniczy. „Ja, Feuerbach” to spektakl wielopłaszczyznowy i na każdej z tych płaszczyzn intrygujący, bo każda z nich ma jakieś znaczące pęknięcia.

Ja, kim jestem?

Feuerbach jest doświadczonym, znanym niegdyś aktorem, który po 7 latach „pauzowania” chce powrócić na deski teatru. W przypadku tego zawodu 7 lat to bardzo długo. Być może za długo, by mieć na powrót jakąkolwiek szansę. Jednak Feuerbach do końca życia dla siebie, będzie aktorem. Jego tożsamość jest mocno przygwożdżona do tej właśnie roli. Wraca po latach jakby chciał dowieść innym i sobie, że luka/ pęknięcie już nie ma znaczenia. Nie chce zaakceptować prawdziwej swojej tożsamości, której nabawił się przez ostatnie lata. Spędził je w szpitalu psychiatrycznym. Nie chce zaakceptować swojej choroby, a jednocześnie walcząc z łatką „wariata”, zabiera sobie sam prawo do pełni swojej tożsamości, do jej akceptacji, do zdrowia.

Ja, oczekujący?

Bohater zmaga się także z nieobecnością. Odczytuje ją jako policzek i brak szacunku. Trudno w nim o spokój. Jest w tym także przeogromna ekscytacja. Trochę z myśli prześladowczych i ironii losu. Taka wybuchowa mieszanka może po prostu irytować widza, a może też budzić zrozumienie dla szamotania się w uczuciach wtedy, gdy nam zwyczajnie na czymś zależy, gdy widzimy w spotkaniu do którego nie dochodzi życiową szansę. Feuerbach stawia sprawę na ostrzu noża. Jestem aktorem i to moje być, albo nie być. Poza sceną dla aktora nie ma już nic.

Są może buty w których się chodzi. Te odświętne, które zakładamy by nosiły nas po świecie w ważnych chwilach. Feuerbach uznaje, że są już mu niepotrzebne. Dobrze wie, że trafią do śmietnika. Tam gdzie trafił on sam i jego talent.

Ja i… luka

Gorzka to prawda, że nie możemy sobie pozwalać na lukę w życiu, że za wszelką ceną nie można dać się wyautować. Takie agresywne czasy nastały. Gdzie aktor jest umawiany na przesłuchanie na tę samą godzinę co pies. Jak pisała Witold Gomulicki w „Gorączce życia”:

O! dziś się żyje prędko!…lecz czy lepiej?
Człek na popasie ucztę życia zjada,
A zanim jeszcze głodną myśl pokrzepi,
Już z dzwonkiem w ręku konduktor przypada…
„Jedziemy! – czekać parowóz nie może!
Jedziemy!” – Dokąd? – ty wiesz tylko, Boże…

Paradoks jednak tkwi w tym, że lukę w życiu ma każdy. Nie musi nią być wcale choroba psychiczna. Może to być cokolwiek. Moment wypalenia, zwątpienia, osamotnienia, żałoby… Zawsze wracamy jacyś tacy nowi i z nadzieją, że teraz będzie inaczej, lepiej, że tym razem dam radę. I całe szczęście, że na ostatnią scenę można mieć niezgodę i całe szczęście…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s